*Oczami Meggie*
Obudził mnie płacz dziecka.. no tak teraz muszę się do tego przyzwyczaić. Leniwie otworzyłam oczy.
- Dzień dobry . Pora karmienia. - powiedziała pielęgniarka.
- Dobry. - powiedziałam. Kobieta podała mi dziecko. Po raz 2 trzymam swoją córkę. Nakarmiłam dziecko.
- Mogę ją jeszcze mieć ? - zapytałam.
- Tak tylko przyniosę łóżeczko . - powiedziała. - Wezmę ją na chwilę a w tym czasie zje pani śniadanie . - Podała mi talerzyk a sama ponownie wzięła... Moje dziecko, które jeszcze nie ma imienia, na ręce. Na śniadanie miałam tosty z szynką. Zjadłam a talerzyk odłożyłam na szafkę obok łóżka.
- Cześć - Do sali wszedł Lucas z torbą. - przyniosłem ci kilka potrzebnych rzeczy.
- Dzięki. Siadaj. - chłopak dosunął sobie krzesło.
- Jak się czujesz ?
- Wspaniale . Właśnie nakarmiłam swoją córeczkę. - uśmiechnęłam się.
- Wielkie przeżycie. - zaśmiał się. - Kiedy cię stąd wypuszczają ?
- Nie wiem. - odpowiedziałam. Akurat weszła pielęgniarka z dzieckiem.
- Powinna pani nadać imię dziecku. Ale może najpierw ustalić je z narzeczonym- powiedziała. Jakim narzeczonym ? Dobra nie ważne.
- Wymyślę coś. A wie pani kiedy mogę się wypisać ?
- Prawdopodobnie jutro albo pojutrze . Nie ma sensu pani i dziecka dłużej trzymać. Obie jesteście okazem zdrowia. - chyba fizycznego , bo na pewno nie psychicznego.
- Jakby coś się działo proszę mnie zawołać.
- Dobrze, dziękuję.
* Oczami Louisa *
Zaparkowałem samochód i wysiadłem biorąc uprzednio bukiet róż . Wbiegłem do szpitala i pojechałem windą na 2 piętro. Nie wiedziałem w jakiej sali jest Meg. Chodziłem po korytarzu i zaglądałem do różnych pomieszczeń. Na korytarzu spotkałem pielęgniarkę która wczoraj była przy jej porodzie.
- Dzień dobry. Wie pani gdzie leży Meggie Payne ? -zapytałem.
- Witam. Ledwo godzina odwiedzin się zaczęła a pani Payne ma już 2 gościa - zaśmiała się pod nosem- sala numer 15. - Jakiego 2 gościa ?poszedłem poszukać tego 'pokoju' . 12,13,14.. O jest 15. Uchyliłem lekko drzwi. Widziałem śmiejącą się Meg i Lucasa który siedział tuż obok niej trzymając moje dziecko. Zamknąłem po cichu drzwi i chciałem odejść ale moja męska duma mi na to nie pozwalała. Wziąłem głęboki oddech i wszedłem do środka.
- Cześć. - podszedłem do niej i lekko musnąłem jej policzek. Jej uśmiech momentalnie znikł z twarzy.
- Wpadnę później . Pa - Lucas oddał jej dziecko i zrobił to samo co ja przed chwilą. Wszystko się we mnie gotowało. Gdy wyszedł z sali usiadłem na jego miejscu.
- To dla ciebie - powiedziałem i pokazałem jej bukiet czerwonych róż.
- Dzięki - powiedziała odkładając małą do łóżeczka .
- Więc.. Jak.. - zacząłem.
- Czuję się dobrze, z dzieckiem wszystko ok i wychodzę jutro albo za 2 dni. Już znasz odpowiedzi na wszystkie pytania. - powiedziała ze zburzeniem.
- Chciałem się zapytać czy wiesz jak damy na imię naszej córce. - zaśmiałem się.
- Naszej ? Z tego co pamiętam wczoraj wyparłeś się jej.
- Meg.. Chcę cię przeprosić za wczoraj . Poniosło mnie. Żałuję że nie rozmawiałem z tobą przez ostatnie miesiące. - Przerwałem na chwilkę. Usiadłem na łóżku , chwyciłem jej dłonie i spojrzałem w jej oczy - Ale nawet nie wiesz jakie to ciężkie rozmawiać z osobą którą się kocha, jak z koleżanką. Chciałem mieć cię przy sobie.. Dotknąć cię , przytulić , budzić się przy tobie i mówić jak bardzo cię kocham. - Oczy jej się zaszkliły. Po chwili otarła je.
- Muszę to przemyśleć daj mi czas. - odpowiedziała. Czyli jest nadzieja.
- Oczywiście. - pocałowałem jej dłoń.
- A co do tego imienia.. Chciałam jej dać imię po mojej babci.
- czyli jak ?
-Rosemarie w skrócie Rose. - uśmiechnęła się.
- Ślicznie. Niech będzie. - odpowiedziałem.
Siedziałem u niej do wieczora.. w tym czasie przyszli chłopacy z dziewczynami, jej mama ( Której unikałem jak ognia ). i jacyś znajomi ze szkoły. Gdy Meggie zasnęła patrzyłem na Rose. Jest tak podobna do Meg. Mogę się na nią gapić godzinami. Oho.. Nasza młoda mamusia się chyba obudziła.
- Louis, jeszcze tu jesteś ? Która godzina ? - zapytała zachrypniętym głosem.
- Dochodzi 20. Nie chciałem zostawić cię samej. - uśmiechnąłem się.
- Nie ma sensu żebyś tu dużej siedział. Po za tym muszę ją nakarmić.
- Nie krępuj się. - powiedziałem i podałem jej dziecko.
- Louis karmię piersią. Wyjdź.
- Ale widziałem już twoje cycuszki. Chyba aż tak bardzo się nie zmieniły. -zaśmiałem się.
- zaraz walne w ten głupi łeb. - jest już chyba coraz lepiej.
- Dobrze . Jutro do waz zajrzę. Ale po południu - ucałowałem ją i Rose w czoło.
-Dobranoc aniołki. - powiedziałem i wyszedłem. Skierowałem się do wyjścia. Czekało tam na mnie kilku fotoreporterów. Założyłem okulary przeciwsłoneczne i ruszyłem przed siebie.
- Louis, co robisz w szpitalu ? coś się stało ? od wczoraj tu przychodzisz - zadał pytanie jeden z nich.
- Nic się nie stało. Na razie - odpowiedziałem i wsiadłem do auta. Odjechałem z piskiem opon. Dojechałem do apartamentu . Nikogo w nim nie było.
- Pewnie imprezują. - powiedziałem sam do siebie. Poszedłem do łazienki wziąłem kąpiel . Gdy wszedłem do swojego telefonu zobaczyłem połączenie od mamy. Postanowiłem do niej zadzwonić.
*Rozmowa*
Louis : Cześć mamo
Mama : No witaj synku! Dawno się nie odzywałeś. wszystko gra ?
Louis : Szczerze ? Moje życie od wczoraj obróciło się 0 180 stopni.
Mama : To powiedz mi co się stało.
Louis : Może zacznę od tego że rozmawiałem z Meg. Jest dla nas szansa.
Mama: To cudownie.
Louis : zostałem też ojcem.
Mama : Jak to ? Czemu mi nic nie powiedziałeś ?
Louis : Sam dowiedziałem się wczoraj że Meg jest w ciąży. Posprzeczaliśmy się trochę, a kilka godzin później urodziła córkę.
Mama :Czy ty nie wiesz że kobiet w ciąży nie można denerwować ? Jestem babcią. Cieszę się synku , ale teraz paparazzi nie dadzą wam żyć.
Louis : hmm.. poradzę sobie. Teraz najważniejsze jest odzyskanie Meggie i zaopiekowanie się Rose.
Mama : To do roboty.
Louis : Mamo, ja już muszę kończyć, bo chcę jutro wcześnie wstać i iść do studia a później pojadę do szpitala.
Mama : Dobranoc. Kocham cię.
Louis : Ja ciebie też.
* 2 dni później *
*Oczami Meggie*
Za godzinę wychodzę ze szpitala. W sumie już jestem gotowa ale jeszcze muszę podpisać jakieś papiery. Do sali weszła pielęgniarka.
- Proszę tu podpisać. Bezsensu żeby pani czekała aż pan doktor odbierze poród. - uśmiechnęła się. Machnęłam szybki podpis.
- Czy to już wszystko ? - zapytałam.
- Zasadniczo tak. Życzę pani szczęścia w życiu. Jest pani młodą matką ale z tak kochającym chłopakiem jak pan Tomlinson poradzi sobie pani bez problemu. - powiedziała i wyszła. Tak.. 'Pan Tomlinson' kochający tatuś na chwilę. Nawet nie zadzwonił. Nie zapytał się o której wypisują mnie.
Włożyłam Rosemarie do nosidełka , wzięłam torbę z ubraniami i pokierowałam się do windy a następnie do wyjścia. Gdy stałam na stopniu zauważyłam z jednej strony parkingu samochód o który opierał się uśmiechnięty Louis, a z drugiej również zadowolony Lucas. Do którego samochodu mam wsiąść ? Jeżeli wsiądę do auta Lucka to Lou się obrazi i zrobi mi awanturę , ale jeżeli wsiądę do Louisa to Lucas może się obrazić. Zauważyłam że chłopcy ze sobą rywalizują. Kurcze nie wiem... Na moje szczęście Sam i Lily podjechały pod samo wejście.
- Cześć kochana. - przywitała się Lily.
- Daj mi torbę i usiądź do tyłu z Rose. - uśmiechnęła się Sam. Lily prowadziła. Wszystkie byłyśmy już w aucie.
- Wydawało mi się czy widziałam Lucasa ?
- A ja Louisa ? - dodała Sam.
- Tak.. Przyjechali po mnie. Nie wiedziałam do kogo mam iść , bo obaj są dla mnie ważni. Ale wy przyjechałyście. - uśmiechnęłam się.
- Wiesz Louis to ojciec twojego dziecka. Nie możesz go tak olewać.
- Ja wiem, ale on i Luck skaczą sobie do gardeł i myślą że ja tego nie widzę.
- Oboje chcą dla ciebie jak najlepiej - powiedziała Sam. Gdy samochód stanął dziewczyny wzięły moje ciucha a ja wzięłam nosidełko. Wchodząc do bloku natknęłam się na sąsiadkę z dołu.
- Taka młoda a jak sobie życie zmarnowała. - zamruczała pod nosem.
- Słucham ? Coś pani nie pasuje ?To jest moje życie i moja sprawa. - powiedziałam. Ta stara klępa do wszystkiego się wtrącała. Gdy wywalałam stare ubrania wyzywała mnie za to.
- Ale ja nic nie mówiłam. Tak tylko głośno myślę.
- Nie pani nigdy przecież nic nie mówi, w ogóle . Największa plotkara na osiedlu.. - Weszłam do budynku. Mieszkałam na 5 piętrze, ale na szczęście była winda którą wjechałyśmy na górę. Od kluczyłam drzwi i weszłam do środka.
- Witamy w domu- zza kanapy wyskoczyli chłopcy z 1D prócz Louisa.
- haha jejku. Cześć wam. - powiedziałam i przytuliłam każdego z osobna . - Co wy tu robicie ?
- Przyszliśmy powitać nową fankę. - zaśmiał się Niall.
- Fankę ? chyba taką co będzie was pizgać pomidorami. - uśmiechnęłam się. Wyciągnęłam niemowlaka z nosidełka i ponosiłam ją trochę na rękach. Gdy zasnęła zaniosłam ją do jej pokoju, włożyłam do łóżeczka i przymknęłam lekko drzwi.
- Chcecie coś do picia ?
- Ja to bym sobie kanapkę zjadł. - uśmiechnął się Horan.
- Zaraz ci zrobię. - odpowiedziałam. - hej. nie masz już aparatu. Awww.. - zaśmiałam się.
- Poczekaj pomogę ci - powiedział kuzynek i poszedł za mną.
Wyciągnęłam z lodówki ser, szynkę, pomidora, majonez, ogórki itp. Zaczęłam obkładać kawałki chleba.
- To o czym chciałeś pogadać ? -zapytałam się nie odrywając się od czynności.
- Skąd wiesz że chciałem porozmawiać ? - uśmiechnął się.
- Znam cię Liaś. - poczochrałam mu włosy.
- Poradzisz sobie ?
- Pewnie że tak. Mówiłam ci że dojrzałam.
- To jest duże obciążenie psychiczne. - przerwał. - a widzę że u ciebie jest z tym kiepsko. Uśmiechasz się sztucznie . To widać.
- Liam przesadzasz... - mówiąc to kroiłam pomidora i się przecięłam. - kurwa.. - zsunęłam się na podłogę i zakryłam twarz dłońmi.
- Nie płacz. To tylko przecięcie. - powiedział- gdzie masz plastry ? - Spojrzałam na niego .
- To nie o to chodzi.. powiedz mi co jest . - powiedział i przysiadł obok mnie.
- No bo czuję się okropnie. Louis się tak stara ale zmienił się strasznie.. Nie wiem co robić. - położyłam głowę na jego ramieniu. - wszystko było okej zanim przyjechaliście. Teraz nie wiem co się stało..
- Posłuchaj głosu serca. Ono wie co jest dla ciebie najlepsze - powiedział. - Idź do łazienki ogarnąć się a ja dokończę te kanapki. Wstałam i poszłam. Przemyłam twarz, przykleiłam plaster na palec. Dzwonek do drzwi. Poszłam otworzyć. Po drugiej stronie stał Louis z wielkim , pluszowym misiem.
- Chciałem dać jej coś od siebie - powiedział.
- Wejdź. - zaprosiłam go do środka. Wszyscy siedzieliśmy jak za dawnych czasów. Śmialiśmy się, rozmawialiśmy, wspominaliśmy. Przerwał nam płacz Rosemarie.
- Pójdę do niej zobaczyć - powiedziałam. Zapaliłam światło , bo na dworze była prawie 22.
- Co jest królewno.. - wzięłam ją na ręce. - Mhym.. Brudna pielucha. - położyłam ją na tym do przewijania.
- Pomóc ci w czymś ? - Do pokoju wszedł Louis.
- Nie. Poradzę sobie. - powiedziałam i ubrałam jej czystą pieluszkę. Wzięłam ją na ręce i chodziłam po pokoju.
- Chcesz żebym został na noc. - przybliżył się do mnie.
- To chyba nie najlepszy pomysł. - Do pokoiku weszli wszyscy.
- Wiesz co my już idziemy . pa - powiedział Zayn . Pożegnałam się a po chwili ich już nie było.
- Meg.. Idź się wykąpać a ja posiedzę tu z Rose. - Odłożyłam Rosemarie do łóżeczka a sama poszłam do łazienki. Nalałam gorącej wody do wanny i wsypałam sól do kąpieli. Brudne rzeczy wrzuciłam do kosza na pranie. Weszłam do wody. Mmmmm.. w końcu chwila relaksu.
Po godzinnej chwili dla mnie wyszłam z wanny. Dokładnie wytarłam ciało i posmarowałam je balsamem kakaowym. Ubrałam się w piżamę, umyłam zęby i rozczesałam włosy.
- Louis , możesz już iść. - powiedziałam gdy weszłam do salonu gdzie chłopak prawie zasypiał na fotelu.
- Co ? A tak już sobie pójdę. - powiedział i podszedł do mnie. Chciał pocałować mnie w usta, jednak ja go lekko odepchnęłam. Nie chcę mu dawać nadziei. Już bez żadnego słowa wyszedł z mieszkania. Poszłam zobaczyć do pokoju Rose . Spała jak aniołek. Postanowiłam pójść w jej ślady i poszłam do swojej sypialni. Po krótkiej chwili zmęczenie wzięło górę.
_______________________
Obudził mnie płacz dziecka.. no tak teraz muszę się do tego przyzwyczaić. Leniwie otworzyłam oczy.
- Dzień dobry . Pora karmienia. - powiedziała pielęgniarka.
- Dobry. - powiedziałam. Kobieta podała mi dziecko. Po raz 2 trzymam swoją córkę. Nakarmiłam dziecko.
- Mogę ją jeszcze mieć ? - zapytałam.
- Tak tylko przyniosę łóżeczko . - powiedziała. - Wezmę ją na chwilę a w tym czasie zje pani śniadanie . - Podała mi talerzyk a sama ponownie wzięła... Moje dziecko, które jeszcze nie ma imienia, na ręce. Na śniadanie miałam tosty z szynką. Zjadłam a talerzyk odłożyłam na szafkę obok łóżka.
- Cześć - Do sali wszedł Lucas z torbą. - przyniosłem ci kilka potrzebnych rzeczy.
- Dzięki. Siadaj. - chłopak dosunął sobie krzesło.
- Jak się czujesz ?
- Wspaniale . Właśnie nakarmiłam swoją córeczkę. - uśmiechnęłam się.
- Wielkie przeżycie. - zaśmiał się. - Kiedy cię stąd wypuszczają ?
- Nie wiem. - odpowiedziałam. Akurat weszła pielęgniarka z dzieckiem.
- Powinna pani nadać imię dziecku. Ale może najpierw ustalić je z narzeczonym- powiedziała. Jakim narzeczonym ? Dobra nie ważne.
- Wymyślę coś. A wie pani kiedy mogę się wypisać ?
- Prawdopodobnie jutro albo pojutrze . Nie ma sensu pani i dziecka dłużej trzymać. Obie jesteście okazem zdrowia. - chyba fizycznego , bo na pewno nie psychicznego.
- Jakby coś się działo proszę mnie zawołać.
- Dobrze, dziękuję.
* Oczami Louisa *
Zaparkowałem samochód i wysiadłem biorąc uprzednio bukiet róż . Wbiegłem do szpitala i pojechałem windą na 2 piętro. Nie wiedziałem w jakiej sali jest Meg. Chodziłem po korytarzu i zaglądałem do różnych pomieszczeń. Na korytarzu spotkałem pielęgniarkę która wczoraj była przy jej porodzie.
- Dzień dobry. Wie pani gdzie leży Meggie Payne ? -zapytałem.
- Witam. Ledwo godzina odwiedzin się zaczęła a pani Payne ma już 2 gościa - zaśmiała się pod nosem- sala numer 15. - Jakiego 2 gościa ?poszedłem poszukać tego 'pokoju' . 12,13,14.. O jest 15. Uchyliłem lekko drzwi. Widziałem śmiejącą się Meg i Lucasa który siedział tuż obok niej trzymając moje dziecko. Zamknąłem po cichu drzwi i chciałem odejść ale moja męska duma mi na to nie pozwalała. Wziąłem głęboki oddech i wszedłem do środka.
- Cześć. - podszedłem do niej i lekko musnąłem jej policzek. Jej uśmiech momentalnie znikł z twarzy.
- Wpadnę później . Pa - Lucas oddał jej dziecko i zrobił to samo co ja przed chwilą. Wszystko się we mnie gotowało. Gdy wyszedł z sali usiadłem na jego miejscu.
- To dla ciebie - powiedziałem i pokazałem jej bukiet czerwonych róż.
- Dzięki - powiedziała odkładając małą do łóżeczka .
- Więc.. Jak.. - zacząłem.
- Czuję się dobrze, z dzieckiem wszystko ok i wychodzę jutro albo za 2 dni. Już znasz odpowiedzi na wszystkie pytania. - powiedziała ze zburzeniem.
- Chciałem się zapytać czy wiesz jak damy na imię naszej córce. - zaśmiałem się.
- Naszej ? Z tego co pamiętam wczoraj wyparłeś się jej.
- Meg.. Chcę cię przeprosić za wczoraj . Poniosło mnie. Żałuję że nie rozmawiałem z tobą przez ostatnie miesiące. - Przerwałem na chwilkę. Usiadłem na łóżku , chwyciłem jej dłonie i spojrzałem w jej oczy - Ale nawet nie wiesz jakie to ciężkie rozmawiać z osobą którą się kocha, jak z koleżanką. Chciałem mieć cię przy sobie.. Dotknąć cię , przytulić , budzić się przy tobie i mówić jak bardzo cię kocham. - Oczy jej się zaszkliły. Po chwili otarła je.
- Muszę to przemyśleć daj mi czas. - odpowiedziała. Czyli jest nadzieja.
- Oczywiście. - pocałowałem jej dłoń.
- A co do tego imienia.. Chciałam jej dać imię po mojej babci.
- czyli jak ?
-Rosemarie w skrócie Rose. - uśmiechnęła się.
- Ślicznie. Niech będzie. - odpowiedziałem.
Siedziałem u niej do wieczora.. w tym czasie przyszli chłopacy z dziewczynami, jej mama ( Której unikałem jak ognia ). i jacyś znajomi ze szkoły. Gdy Meggie zasnęła patrzyłem na Rose. Jest tak podobna do Meg. Mogę się na nią gapić godzinami. Oho.. Nasza młoda mamusia się chyba obudziła.
- Louis, jeszcze tu jesteś ? Która godzina ? - zapytała zachrypniętym głosem.
- Dochodzi 20. Nie chciałem zostawić cię samej. - uśmiechnąłem się.
- Nie ma sensu żebyś tu dużej siedział. Po za tym muszę ją nakarmić.
- Nie krępuj się. - powiedziałem i podałem jej dziecko.
- Louis karmię piersią. Wyjdź.
- Ale widziałem już twoje cycuszki. Chyba aż tak bardzo się nie zmieniły. -zaśmiałem się.
- zaraz walne w ten głupi łeb. - jest już chyba coraz lepiej.
- Dobrze . Jutro do waz zajrzę. Ale po południu - ucałowałem ją i Rose w czoło.
-Dobranoc aniołki. - powiedziałem i wyszedłem. Skierowałem się do wyjścia. Czekało tam na mnie kilku fotoreporterów. Założyłem okulary przeciwsłoneczne i ruszyłem przed siebie.
- Louis, co robisz w szpitalu ? coś się stało ? od wczoraj tu przychodzisz - zadał pytanie jeden z nich.
- Nic się nie stało. Na razie - odpowiedziałem i wsiadłem do auta. Odjechałem z piskiem opon. Dojechałem do apartamentu . Nikogo w nim nie było.
- Pewnie imprezują. - powiedziałem sam do siebie. Poszedłem do łazienki wziąłem kąpiel . Gdy wszedłem do swojego telefonu zobaczyłem połączenie od mamy. Postanowiłem do niej zadzwonić.
*Rozmowa*
Louis : Cześć mamo
Mama : No witaj synku! Dawno się nie odzywałeś. wszystko gra ?
Louis : Szczerze ? Moje życie od wczoraj obróciło się 0 180 stopni.
Mama : To powiedz mi co się stało.
Louis : Może zacznę od tego że rozmawiałem z Meg. Jest dla nas szansa.
Mama: To cudownie.
Louis : zostałem też ojcem.
Mama : Jak to ? Czemu mi nic nie powiedziałeś ?
Louis : Sam dowiedziałem się wczoraj że Meg jest w ciąży. Posprzeczaliśmy się trochę, a kilka godzin później urodziła córkę.
Mama :Czy ty nie wiesz że kobiet w ciąży nie można denerwować ? Jestem babcią. Cieszę się synku , ale teraz paparazzi nie dadzą wam żyć.
Louis : hmm.. poradzę sobie. Teraz najważniejsze jest odzyskanie Meggie i zaopiekowanie się Rose.
Mama : To do roboty.
Louis : Mamo, ja już muszę kończyć, bo chcę jutro wcześnie wstać i iść do studia a później pojadę do szpitala.
Mama : Dobranoc. Kocham cię.
Louis : Ja ciebie też.
* 2 dni później *
*Oczami Meggie*
Za godzinę wychodzę ze szpitala. W sumie już jestem gotowa ale jeszcze muszę podpisać jakieś papiery. Do sali weszła pielęgniarka.
- Proszę tu podpisać. Bezsensu żeby pani czekała aż pan doktor odbierze poród. - uśmiechnęła się. Machnęłam szybki podpis.
- Czy to już wszystko ? - zapytałam.
- Zasadniczo tak. Życzę pani szczęścia w życiu. Jest pani młodą matką ale z tak kochającym chłopakiem jak pan Tomlinson poradzi sobie pani bez problemu. - powiedziała i wyszła. Tak.. 'Pan Tomlinson' kochający tatuś na chwilę. Nawet nie zadzwonił. Nie zapytał się o której wypisują mnie.
Włożyłam Rosemarie do nosidełka , wzięłam torbę z ubraniami i pokierowałam się do windy a następnie do wyjścia. Gdy stałam na stopniu zauważyłam z jednej strony parkingu samochód o który opierał się uśmiechnięty Louis, a z drugiej również zadowolony Lucas. Do którego samochodu mam wsiąść ? Jeżeli wsiądę do auta Lucka to Lou się obrazi i zrobi mi awanturę , ale jeżeli wsiądę do Louisa to Lucas może się obrazić. Zauważyłam że chłopcy ze sobą rywalizują. Kurcze nie wiem... Na moje szczęście Sam i Lily podjechały pod samo wejście.
- Cześć kochana. - przywitała się Lily.
- Daj mi torbę i usiądź do tyłu z Rose. - uśmiechnęła się Sam. Lily prowadziła. Wszystkie byłyśmy już w aucie.
- Wydawało mi się czy widziałam Lucasa ?
- A ja Louisa ? - dodała Sam.
- Tak.. Przyjechali po mnie. Nie wiedziałam do kogo mam iść , bo obaj są dla mnie ważni. Ale wy przyjechałyście. - uśmiechnęłam się.
- Wiesz Louis to ojciec twojego dziecka. Nie możesz go tak olewać.
- Ja wiem, ale on i Luck skaczą sobie do gardeł i myślą że ja tego nie widzę.
- Oboje chcą dla ciebie jak najlepiej - powiedziała Sam. Gdy samochód stanął dziewczyny wzięły moje ciucha a ja wzięłam nosidełko. Wchodząc do bloku natknęłam się na sąsiadkę z dołu.
- Taka młoda a jak sobie życie zmarnowała. - zamruczała pod nosem.
- Słucham ? Coś pani nie pasuje ?To jest moje życie i moja sprawa. - powiedziałam. Ta stara klępa do wszystkiego się wtrącała. Gdy wywalałam stare ubrania wyzywała mnie za to.
- Ale ja nic nie mówiłam. Tak tylko głośno myślę.
- Nie pani nigdy przecież nic nie mówi, w ogóle . Największa plotkara na osiedlu.. - Weszłam do budynku. Mieszkałam na 5 piętrze, ale na szczęście była winda którą wjechałyśmy na górę. Od kluczyłam drzwi i weszłam do środka.
- Witamy w domu- zza kanapy wyskoczyli chłopcy z 1D prócz Louisa.
- haha jejku. Cześć wam. - powiedziałam i przytuliłam każdego z osobna . - Co wy tu robicie ?
- Przyszliśmy powitać nową fankę. - zaśmiał się Niall.
- Fankę ? chyba taką co będzie was pizgać pomidorami. - uśmiechnęłam się. Wyciągnęłam niemowlaka z nosidełka i ponosiłam ją trochę na rękach. Gdy zasnęła zaniosłam ją do jej pokoju, włożyłam do łóżeczka i przymknęłam lekko drzwi.
- Chcecie coś do picia ?
- Ja to bym sobie kanapkę zjadł. - uśmiechnął się Horan.
- Zaraz ci zrobię. - odpowiedziałam. - hej. nie masz już aparatu. Awww.. - zaśmiałam się.
- Poczekaj pomogę ci - powiedział kuzynek i poszedł za mną.
Wyciągnęłam z lodówki ser, szynkę, pomidora, majonez, ogórki itp. Zaczęłam obkładać kawałki chleba.
- To o czym chciałeś pogadać ? -zapytałam się nie odrywając się od czynności.
- Skąd wiesz że chciałem porozmawiać ? - uśmiechnął się.
- Znam cię Liaś. - poczochrałam mu włosy.
- Poradzisz sobie ?
- Pewnie że tak. Mówiłam ci że dojrzałam.
- To jest duże obciążenie psychiczne. - przerwał. - a widzę że u ciebie jest z tym kiepsko. Uśmiechasz się sztucznie . To widać.
- Liam przesadzasz... - mówiąc to kroiłam pomidora i się przecięłam. - kurwa.. - zsunęłam się na podłogę i zakryłam twarz dłońmi.
- Nie płacz. To tylko przecięcie. - powiedział- gdzie masz plastry ? - Spojrzałam na niego .
- To nie o to chodzi.. powiedz mi co jest . - powiedział i przysiadł obok mnie.
- No bo czuję się okropnie. Louis się tak stara ale zmienił się strasznie.. Nie wiem co robić. - położyłam głowę na jego ramieniu. - wszystko było okej zanim przyjechaliście. Teraz nie wiem co się stało..
- Posłuchaj głosu serca. Ono wie co jest dla ciebie najlepsze - powiedział. - Idź do łazienki ogarnąć się a ja dokończę te kanapki. Wstałam i poszłam. Przemyłam twarz, przykleiłam plaster na palec. Dzwonek do drzwi. Poszłam otworzyć. Po drugiej stronie stał Louis z wielkim , pluszowym misiem.
- Chciałem dać jej coś od siebie - powiedział.
- Wejdź. - zaprosiłam go do środka. Wszyscy siedzieliśmy jak za dawnych czasów. Śmialiśmy się, rozmawialiśmy, wspominaliśmy. Przerwał nam płacz Rosemarie.
- Pójdę do niej zobaczyć - powiedziałam. Zapaliłam światło , bo na dworze była prawie 22.
- Co jest królewno.. - wzięłam ją na ręce. - Mhym.. Brudna pielucha. - położyłam ją na tym do przewijania.
- Pomóc ci w czymś ? - Do pokoju wszedł Louis.
- Nie. Poradzę sobie. - powiedziałam i ubrałam jej czystą pieluszkę. Wzięłam ją na ręce i chodziłam po pokoju.
- Chcesz żebym został na noc. - przybliżył się do mnie.
- To chyba nie najlepszy pomysł. - Do pokoiku weszli wszyscy.
- Wiesz co my już idziemy . pa - powiedział Zayn . Pożegnałam się a po chwili ich już nie było.
- Meg.. Idź się wykąpać a ja posiedzę tu z Rose. - Odłożyłam Rosemarie do łóżeczka a sama poszłam do łazienki. Nalałam gorącej wody do wanny i wsypałam sól do kąpieli. Brudne rzeczy wrzuciłam do kosza na pranie. Weszłam do wody. Mmmmm.. w końcu chwila relaksu.
Po godzinnej chwili dla mnie wyszłam z wanny. Dokładnie wytarłam ciało i posmarowałam je balsamem kakaowym. Ubrałam się w piżamę, umyłam zęby i rozczesałam włosy.
- Louis , możesz już iść. - powiedziałam gdy weszłam do salonu gdzie chłopak prawie zasypiał na fotelu.
- Co ? A tak już sobie pójdę. - powiedział i podszedł do mnie. Chciał pocałować mnie w usta, jednak ja go lekko odepchnęłam. Nie chcę mu dawać nadziei. Już bez żadnego słowa wyszedł z mieszkania. Poszłam zobaczyć do pokoju Rose . Spała jak aniołek. Postanowiłam pójść w jej ślady i poszłam do swojej sypialni. Po krótkiej chwili zmęczenie wzięło górę.
_______________________
Zapraszam na moje inne blogi :
1. onelife-onewin.blogspot.com
1. onelife-onewin.blogspot.com
2. oneway-oranother1d.blogspot.com ( ten piszę z moją psiapsią ) ;3
Jeżeli to czytasz to zostaw jakikolwiek komentarz . Chcę wiedzieć czy jest sens pisać to dalej .